Pstrąg, pstrąg, pstrąg...




Nie, nieskończonej ilości pstrągów nie będzie. Aż tak dobrze sezon się nie zaczął. Ale po kolei. Pierwszego stycznia zjawiamy się nad rzeką ok 9. Szybkie przygotowanie sprzętu i ruszamy w górę. Poziom wody średni, ani nie utrudnia ani też specjalnie nie ułatwia sprawy. Dokładnie po kolei obławiamy dołki, zwaliska rynny. Miejsca aż pachną grubym pstrągiem. Nie notujemy żadnego kontaktu, choć na agrafkach zawisają kolejne przynęty. Kończymy pierwszy interesujący odcinek. Kolejne ok 150 m można w tym okresie odpuścić. Następnie mamy dość długą prostkę. Nurt na przemian równy i spokojny, to znów miejscami ściśnięty powalonymi do wody pniami przyspiesza i żłobi rynny. Dochodzimy do kolejnego zakrętu bez kontaktu. Rzeka się mocno rozszerza i wypłyca. Latem z dołeczków pod leżącymi konarami wyskakują nieduże pstrążki i wszędzie kręcą się klenie. Za zakrętem rzeka znów mocno przyspiesza. Sporo tu podmyć w korzeniach nadbrzeżnych drzew. Odpuszczamy nieco łowienie w głównym nurcie i szukamy ryb w zawirowaniach przy brzegu. Próbuję na przemian jiga, gumy i woblera. W końcu zakładam wahadłówkę. Rzucam prostopadle, na ok 12-15 m i pozwalam przynęcie spływać łukiem. Kolejne rzuty bardziej w dół rzeki. W momencie kiedy błystka jest pod jedną z wiszących nad wodą gałęzi mam uderzenie. Zacinam i ryba wychodzi do powierzchni. 2-3 młynki i pstrąg się spina. Oceniam go na 45+. Sebastian ogląda całą akcję z miejsca poniżej. Trochę mi się ciepło po tej akcji zrobiło. Dlaczego spadł? Szkoda mi tej spiętej ryby, mogła być pięknym otwarciem.



Nieco wyżej rzeka ponownie zwalnia i pogłębia się. Znów bardziej się przykładamy do łowienia. Adam zachęcony moim przykładem również założył wahadłówkę. W pewnym momencie słyszę od niego: "Miałem kontakt z rybą". Nie minęły 2-3 minuty jak informuje, że ma rybę na haku. Tylko ja zabrałem podbierak więc pędzę do niego. Lekki kij mocno wygięty . Szykujemy się na podebranie ładnego potokowca, gdy naszym oczom ukazuje się ... szczupak. Całkiem spory (69 cm) ale rozczarowanie jest. Adam liczył na nową życiówkę pstrąga.



Kolejne kilkadziesiąt metrów to ciekawa, choć trudna woda. Na naszym brzegu - na przeciwnym zresztą też - mnóstwo zwalonych do wody drzew. Przynęty da się prowadzić jedynie na krótkim odcinku nie ryzykując pewnego zaczepu. Zaplanowaliśmy łowienie do ok 13:30, żeby dotrzeć na noworoczne ognisko w górze rzeki. Powoli zbliża się czas gdy trzeba będzie wracać po samochód. Dziś kierowcą jest Sebastian. Postanawiamy przejść jeszcze kawałek poza szeroki fragment rzeki. Sebastian od razu pędzi w górę w miejsce gdzie latem miał wyjście ładnego pstrąga. Ja obławiam okolice "mojego" głazu. Tu 2 lata temu w marcu miałem pstrąga 49 cm. Poza tym miejscem to bardziej odcinek letni. Idziemy dalej w górę. Ostatnie 100 może 200 m przed nami - zależy jak szybko Seba dojdzie do auta. Znów rotacja przynęt na agrafce. Woda fajna, głęboka z zawirowaniami. Tu musi być ryba. Powyżej 50 m, na których woda rwie po głazach. To pewnie opuścimy. Jestem praktycznie na początku głazowiska. Obławiam nieduże spowolnienie poniżej. Widać sporo zwar i zawirowań wody. Przypomniałem sobie sytuację z 2017 kiedy kolega przy mnie zaciął czterdziestaczka na gumę. Było to co prawda na drugim brzegu ale postanawiam dać szansę kiełbikowi. Rzut prostopadle na skraj głównego nurtu i dryf łukiem do brzegu. Jeden z (ostatnich jak się okazało) rzutów kończy się wyraźnym puknięciem w gumę. Zacinam. Na haku przyzwoita ryba. W świetnej kondycji bo popisuje się dwoma wyskokami. Kilka niedługich odjazdów i podbieram ją choć z drobnymi kłopotami. Przy brzegu jest pas zalanego zielska i pstrąg w ostatniej chwili próbuję się w nie wbić. Zagarniam go jednak podbierakiem. Cieszę się jak dziecko. Ryba jest pięknie wybarwiona i gruba. Zupełnie nie przypomina zimowych chudzin. Adam robi zdjęcia holu.



Kładę rybę na podbieraku. Szybka ocena: 45-46 cm ale wyjmuję miarkę bo przy takiej rybie warto. Przykładam ją do ryby i nie wierzę - 51 cm! Wreszcie po dwóch latach przerwy mam 50-taka! Robimy zdjęcia i rybka szybko wraca do wody.




Planujemy przejść jeszcze nieco wyżej ale w tym momencie dzwoni Sebastian, że rusza po nas. Zwijamy się zatem i idziemy do drogi. Docieramy akurat w momencie gdy nadjeżdża samochód. Dzielimy się wieściami, przebieramy i jedziemy na ognisko. Tam okazuje się, że prawdopodobnie moja ryba jest największym pstrągiem tegorocznego otwarcia.

Dwa dni później zjawiam się nad wodą z Marcinem. W planie jest obłowienie części noworocznego odcinka ale od miejsca gdzie skończyłem w dół rzeki. Woda wyższa, jest dość zimno i ponuro. Nie będę się rozpisywał nadmiernie bo nie ma nad czym. Kończę dzień bez kontaktu, na dodatek zrywam jedną gumę i jiga. Marcin miał pstrąga na haku ale ryba dość szybko się spięła.

Zostały dwa dni długiego weekendu. Postanawiamy to wykorzystać. Jadę z Sebastianem w niedzielę. Znów ten sam odcinek ale stajemy niżej i idziemy w górę. W pudełkach niewielkie zmiany. Odcinek, w którym pokładaliśmy największe nadzieje znów kończymy na pusto. Dziś mamy ze sobą siekierkę i maczetę. Przy okazji robimy sobie wygodniejsze przejścia w nadbrzeżnym buszu i nieco lepsze dojścia do wody. Spotykamy kolegę, idzie z góry. Bez kontaktu z rybą. Przed nami szeroki zakręt. Woda jest niższa, Seba ma wodery, więc planujemy odzyskać jiga. Najpierw jednak kilka rzutów. Pusto. Seba jednak nie sięga z wody. Ucina więc gałąź i tak zdejmuję utraconą wcześniej przynętę. Trochę hałasu zrobiliśmy więc idziemy łowić wyżej. Po drodze spotykam kolejnego wędkarza, chwilę z nim rozmawiam. Wymieniamy się spostrzeżeniami i wynikami ostatnich dni. Mijamy szybki odcinek. Znów większa koncentracja bo przed nami ciekawsza woda. Sebastian ma przez chwilę rybę na haku. Uderzyła w wobler ale się szybko spięła. Postanawiamy na ostatnią godzinę zmienić miejsce i przejechać wyżej. Kilka minut marszu i jesteśmy przy aucie. Po kolejnych 10 znów nad wodą. Tam jednak również bez ryby.

W ostatni dzień chciałem odpocząć od dużej rzeki. Przygotowałem muchówkę, pudełeczko lekkich nimf plus 5-6 streamerów i pojechałem nad siurek. Przeszedłem ok kilometr. Widziałem 3 ryby i ślad po kolejnej, która zdążyła zwiać zostawiając smugę mułu. Woda płytka, mało miejsc gdzie warto o tej porze rzucić muchę. Głównie łowiłem na nimfę, w głębszych obiecujących miejscach zakładałem również streamer. Jedyne branie notuję praktycznie pod koniec wędkowania. Rzuconą delikatnie nimfę łapczywie zażera nieduży pstrążek.



Daje mi ogromną radość mimo raczej akwariowych rozmiarów. Czuję się dziś odprężony, wyciszony i wypoczęty. Tego szuka się uciekając w leśne ostępy w pogoni za kropkowanymi drapieżnikami...


Kolejny weekend. Jedziemy z Sebastianem nad jedną z niedużych rzeczek. Chcemy obejrzeć inny odcinek. Rzeka bardzo zróżnicowana. Na początku i końcu - nowo zbadany - przypomina tę z odcinka, który znamy. Woda jednak płynie zdecydowanie szybciej. A może to wpływ pory roku? W każdym razie nurt dość żwawy, zwaliska, kamienie i głazy. Już w pierwszej miejscówce mam wyjście pstrąga. Rybka +/- 35 cm płynie jakiś czas za gumą po czym na mój widok zawraca i zwiewa. Rzucam jeszcze kilka razy zmieniając przynęty ale ryba się już nie pokazuje. Kolejne bankówki puste. Podejrzewam, że już w końcówce marca będzie zdecydowanie lepiej. Tak jak w latach wcześniejszych. Szczęście uśmiecha się do Sebastiana. W głębokim dole na zakręcie zapina na gumę ładnego pstrąga - 41,5 cm. Ryba jest jasno ubarwiona i nie tak gruba jak te z dużej rzeki. Cieszy jednak ogromnie. Taka ryba z małej rzeki to zupełnie inne wrażenia. Im dalej w górę rzeki tym więcej trzcinowisk. W końcu ciężko nam rzucać, a i poruszanie się po brzegu możliwe jest jedynie przez wydeptanie przez dzikie zwierzęta ścieżki.








Rzeczka staje się wąska (ok 2 m), płynie bardzo szybko, a jej głębokość to na oko do pół uda i dochodzi na zakrętach pewnie lekko po piersi (jeśli nie wyżej). Tak jest pewnie z 300 m w linii prostej. Idąc wzdłuż rzeki robimy pewnie ze 2 razy tyle. Gdzieniegdzie widuję stadka ok 3 cm narybku. Większych ryb nie widzimy, a łowić nie bardzo mamy jak. W końcu trzcinowisko się kończy. Za to rzeka się poszerza i wypłyca. Dostrzegam niedużego szczupaczka. Po kilkudziesięciu metrach znów pojawiają się nieduże rynny, zwałki i podmycia. W jednym z miejsc nawet płoszę niedużego pstrąga. Ciemna smuga zwiewa szybko z prądem. Jeszcze 200-300 m i kończymy. Trudy terenu dają się już we znaki. Dodatkowo praktycznie od początku zmagam się z awarią kołowrotka. Kabłąk nie zbija i muszę co chwilę kontrolować go ręką. Podejrzewam pęknięcie sprężyny - niedawno wymieniana. Dobrze, że w domu mam w zapasie dwie kolejne.
Wychodzimy z lasu i kierujemy się w kierunku gdzie, jak przypuszczamy, zostawiłem samochód. Kilkanaście minut marszu i już widzimy miejsce postoju. Odcinek wart jest sprawdzenia w późniejszym czasie jak już pstrągi będą intensywniej żerować. Wtedy będziemy się mogli przekonać o jego rybności.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I znów kropki... :)

Sezon pstrągowy - małe podsumowanie

Marcowo - pstrągowo