Słów parę po przerwie


Ech.... Miało być tak fajnie pisać sobie bloga. Czas leci, a ja jak mocno zacząłem, tak szybko spocząłem na (zwiędniętych) laurach. Muszę chyba zmienić nieco formę tej formy mojego uzewnętrzniania się w sieci. Bardziej szczegółowe relacje z wypraw na pewno nie raz się jeszcze pojawią, ale pewnie skupię się na bardziej reporterskich postach – więcej zdjęć plus krótki opis efektów. Tak łatwiej utrzymać będzie systematyczność. Dodatkowo zamierzam prezentować trochę moich „wyrobów muchopodobnych” - nimf, jigów itp. Dużo czasu ostatnio spędzałem przy imadle i nie był to czas stracony. Więcej o tym wspomnę w dalszej części wpisu.














Jakie były ostatnie kilka miesięcy? Cóż... z jednej strony narzekać nie mogę, a z drugiej strony jakiegoś wielkiego progresu wyników nie zanotowałem. W tym roku skupiłem się przede wszystkim na pstrągach i na wyprawach na tę rybę upłynęło mi większość wolnego czasu aż do końca sierpnia. Sezon pstrągowy uważam za udany. Pewnie na palcach jednej ręki mógłbym policzyć wyjazdy zakończone bez ryby. Rekordu wielkości znów nie pobiłem, ale za to miałem 6 pstrągów długości 40 i więcej cm (w tym dwa jednego dnia). Sukcesem mogę też nazwać udane wyprawy na pstrągi z muchówką. Nie było ich wiele bo jednak pewniej czuję się ze spinningiem, ale mam mocne postanowienie więcej czasu poświęcić muchówce w nadchodzącym sezonie. Najbardziej cieszy mnie zwycięstwo w towarzyskich otwartych zawodach spinningowo-muchowych na zakończenie sezonu. Na kilkunastu startujących jedynie ja zdecydowałem się łowić na muchę. Dlaczego akurat tak? Około miesiąc wcześniej odwiedziłem ten odcinek rzeki z muchówką próbując dobrać się do lipieni. Te jednak nie bardzo chciały współpracować, a może nie potrafiłem ich znaleźć. Złowiłem za to kilka pstrągów, w tym dwa miarowe. Taktyka na zawody była więc dla mnie oczywista – nastawiam się na ryby ledwo miarowe licząc na ilość. Wybrałem łowienie na nimfę z długiej linki i poruszanie się wodą pod prąd. Co prawda wcześniej łowiłem pstrągi metodą krótkiej nimfy, ale upalny letni dzień, niska i przejrzysta woda skłaniały raczej do dyskretnych podchodów. Zupełnie nie miałem doświadczenia w takim łowieniu ale zaryzykowałem. Już w ciągu pierwszych 15-20 minut złowiłem pierwszego pstrąga mierzącego równo 33 cm. A więc są pierwsze punkty! Później jakaś ryba spina się. W miejscu gdzie miałem poprzednim razem fajnego pstrąga rzucam nieco dłużej. Opłaca się to bo mam branie i wyjmuję drugą punktowaną rybę – pstrąga 34 cm. Prócz tego ze 2 krótkie i jeden spad też krótkiego. Wszystkie ryby na nimfę własnego wyrobu. Na miejscu zbiórki okazuje się, że z miarowymi rybami było kiepsko. Zdecydowana większość łowionych pstrągów była za krótka. Jedynie jeden kolega wyjął miarowego. Tym sposobem Zajęliśmy dwa miejsca na pudle, a do mych rąk powędrowała pamiątkowa płaskorzeźba z pstrągiem.


Skoro już jestem przy zawodach to parę zdań o nich. Generalnie nie mam wielkiego ciśnienia na starty w zawodach wysokiej rangi, ale w takich w kole czy towarzyskich w okolicy chętnie biorę udział. Trudno łowi się miarowe ryby na zawołanie, ale trzeci rok startów co nieco mnie już nauczył. Cykl zawodów mojego koła nie zaczął się najlepiej. Pierwsze zawody zerowałem mając jedynie krótkiego szczupaczka i okonka. Taktykę obrałem dobrą i pewnie by się sprawdziła gdyby pogoda nie spłatała figla. 3 maj był tak zimny, że przez cały czas nie rozstawałem się z zimową czapką, zapięty szczelnie pod szyję. W kolejnych było już lepiej. Łowisko wstepnie rozpoznaliśmy niewielką grupą ok 2 miesiące wcześniej. Ustaliłem taktykę lecz nie wziąłem pod uwagę, że w tym czasie sporo się nad wodą zmieni. Miejsca ostatnio bezrybne dały teraz fajne okoni, a te przeze mnie typowane nie do końca spełniły oczekiwania. Zrobiłem błąd nie zostając w miejscu gdzie licznie występowały i brały niewielkie okonie (miałem już jednego blisko 25 cm okonia) i gdzie zauważyłem – jak sądzę – jazie. Gdybym się tam przyłożył pewnie wydłubał bym jeszcze 2-3 miarowe. Sporo czasu straciłem na przemieszczanie się między miejscówkami i nie było już sensu wracać. W ostatnim rzucie wyjąłem jeszcze okonia, któremu 5 mm brakło do wymiaru. Trudno, jestem mądrzejszy o jedno doświadczenie. Kolejnych zawodów wyczekiwałem bo i fajne łowisko i pora (popołudnie i wieczór aż do ok północy) i w poprzednich edycjach zawsze byłem w pierwszej dziesiątce. Tydzień wcześniej szybki trening i ustalenie taktyki na zawody. Pod tym kątem dobrałem zestaw przynęt i konsekwentnie starałem się realizować założenia. Część z nich nie wypaliła, bo np. mocny wiatr uniemożliwiał łowienie malutkimi obrotówkami pod powierzchnią wody. Klenie więc odpadały, przynajmniej w ciągu dnia. Skupiłem się na okoniach. Miejsce odkryte na treningu, na które najbardziej liczyłem okazało się strzałem w dziesiątkę. W krótkim czasie złowiłem trzy punktowane okonie plus kilka małych. Na niespełna pół godziny przed końcem zawodów przerzucam jeszcze kilka-kilkanaście krótkich okoni trafiając w końcu na miarowego. Te 4 ryby dały mi 5 miejsce. W kolejnych zawodach niestety nie mogłem wziąć udziału, bo dzień wcześniej byłem na spinningowo-muchowych opisanych wyżej. Przedostatnie zawody odbyły się niespełna 3 tygodnie temu. Woda znana mi tylko z opisu. Ciężko było jakoś się nastawić ale wybrałem dłubanie okoni. Te jak się okazało tego dnia strajkowały. Po pierwszych bezowocnych 2 godzinach postawiłem na szczupaki. Jedyne branie okazało się tym na wagę (prawie) pudła. Szczupaczek 46,5 cm dał mi 4 miejsce. Jak się okazało punktowane ryby – szczupaki, 6 szt – złowiło jedynie 4 zawodników. Przede mną jeszcze ostatnie zawody w kole. Łowisko, które w poprzednich latach dawało mi fajne miejsca. Mam już zatem przyzwoitą zaliczkę punktową do Grand Prix koła i jeśli łowisko znów okaże się szczęśliwe to znajdę się w pierwszej 10 (mam nadzieję).
Wiosną startowałem w dwóch imprezach pstrągowych. Najpierw „Pstrąg Wdy”. Fajna impreza nad piękną rzeką. Pojechaliśmy we 4. Wytypowany odcinek podzieliliśmy na pół. Mi przypadł „górny” fragment. Nie wędkowałem tam do tej pory. Miejscówki fajne ale o rybę było ciężko. Dopiero ok godz 11 na jiga wyjmuję z głębokiej rynny pstrąga ok 38 cm. Pod koniec odcinka mam jeszcze drugiego, również na jiga, ale niestety brakuje mu nieco do wymiaru. Mój „partner” kończy na 0, dwóch pozostałych również. Ten jeden pstrąg daje mi 4 miejsce w zawodach.

Tydzień później pojechaliśmy większą grupą na zawody Pstrąg Supraśli. Kawał drogi w zupełnie nieznane tereny. Jesteśmy dzień wcześniej więc robimy rekonesans w terenie. Do późnych godzin nocnych ustalamy gdzie kto będzie łowił oraz z kim rozjeżdżamy się na łowiska, a po skończeniu zawodów zabieramy z powrotem. Nie jest to łatwe bo łowiska różnorodne i oddalone od siebie, a konkurencja spora. Trudno, przyjechaliśmy tu tylko zdobywać doświadczenia. Powiem tak, odcinek jaki trafiliśmy aż pachniał grubą rybą – regularnie łowione są tu pstrągi 60+ - ale trudny do poruszania się i łowienia. Nie mieliśmy z taką wodą do czynienia i to odbiło się na wynikach. Jakieś drobne okonki i szczupaczki. Ja przez chwilę miałem coś większego na haku ale ryba się spięła oraz widziałem atak pstrąga w okolicy wymiaru. Raczej nie pojawię się tam kolejny raz zbyt prędko. Zbyt męczące. Taki wyjazd to przynajmniej 3-4 dni żeby na spokojnie dojechać, wziąć udział w zawodach, odpocząć po i na spokojnie wrócić. Nierealne w najbliższym czasie.
Kilka fotek:








Startowałem również w okręgowych zawodach muchowych. Zacząłem dopiero od rundy jesiennej, gdyż pierwsze przedwakacyjne musiałem z braku wolnego czasu odpuścić. Pierwsze jesienne – 28.09 – nie były zbyt szczęśliwe, choć wcześniejszy trening dawał nadzieję na fajny wynik. W dniu zawodów ryby jednak żerowały w zupełnie innych miejscach i musiałem się sporo natrudzić żeby się do nich dobrać. Oprócz lipieni punktowane były również „białe” ryby: kleń, jaź, brzana, świnka, jelec, płoć, boleń. Szczególnie jelce i klenie mogły się okazać dobrą opcją bo sporo ich w rzece i chętnie biorą na muchę. Finalnie złowiłem dwa miarowe lipienie oraz jelca (drugi miarowy mi zwiał) oraz kilka krótkich lipieni i kleni, którym do miary brakowało 0,5-2,0 cm... Klasę pokazał Sebastian, który na moje nimfy złowił 7 miarowych lipieni i jelca.
Trzy tygodnie później zjawiamy się we 4 w tym samym miejscu na kolejnych zawodach muchowych. Tym razem ryby są dla mnie łaskawsze bo coraz lepiej znam rzekę. Napiszę tu nieco więcej bo mam to jeszcze dość świeżo w pamięci. Jadąc na miejsce ustalamy kto z kim i jaki odcinek robi. Sebastian chce pędzić daleko w górę rzeki. Bartek idzie z nim. Ja wolę dokładnie sprawdzić odcinek niższy więc drugi Bartek zostaje ze mną. Łowimy od 9 do 14. Pierwsza miejscówka bardziej na rozruszanie ramienia, choć jak się okaże na końcu będzie ona mieć decydujący wpływ na wynik końcowy. Zaczynam z długiej nimfy. Szybko obławiam co ciekawsze fragmenty dość płytkiej prostki. Za nią zakręt z głębszą rynną. Dno piaszczyste, dopiero pod zewnętrznym brzegiem widzę kamienie. Nie spodziewam się tu lipieni choć rok temu mój partner na zawodach na początku rynny wyjął kilka. W pierwszych 4 rzutach wyjmuję kolejno dwa jelce i klenia. Żałuję, że dziś tylko lipienie są punktowane bo jelce są spore i kleń wyraźnie miarowy. Kolejny lekki łuk z rynną. Nigdy poprzednio nie miałem tu ryby. Na początku rynny wyjmuję krótkiego lipienia. Bartek nieco wyżej również holuje rybę, której niewiele brakuje do punktów. Następnie krótki szybki ze średnią głębokością odcinek. Ciężko się idzie pod prąd. Przejście w poprzek rzeki to też ryzyko kąpieli. Widziałem tu kiedyś ładne stadko lipieni. Wtedy nie były niczym zainteresowane. Kilka minut przepuszczania nimf nie daje efektu. Decyduję się iść wyżej. Jest tam fajny zakręt w prawo. Przed zakrętem rynna, w której zawsze miałem brania. Niżej na płytkich odcinkach też zawsze stoi jakiś dyżurny lipek. Idąc tam łowię kolejnego miarowego klenia. Dochodząc do zakrętu widzę konkurencję. Inna para z zawodów łowi. Zauważają mnie i szybko wychodzą z wody. Idą pewnie w górę. Niedobrze, będziemy po nich łowić, a nie będzie to łatwe bo to dobrzy zawodnicy. Oczywiście w rynnie pusto i na dodatek zrywam cały przypon na gałęzi. Wyjmuję nowy, gotowy ale tym razem typowy do metody żyłkowej. Na płyciźnie poniżej rynny dostrzegam lipienia. Kilka przepuszczeń bez reakcji. Cofam się nieco do brzegu i próbuję z dłuższej linki. Reakcja jest natychmiastowa. Branie, szybki hol i rybka w podbieraku. Od razu widać, że za krótka ale dla pewności przykładam miarkę - 28 cm. Bartek w międzyczasie usadowił się na wlewie. W pewnym momencie zacina rybę, ale ta po krótkim holu odpina się. Podobno ładna, w okolicy 40. Zastanawiamy się czy wracać czy iść nadal w górę rzeki. Decyzja – nadal w górę. Idziemy dalej. Dłuższy fragment bez brań. Przed nami szybki, płytki kamienisty odcinek. Do tej pory miałem tu tylko jelca. Dla zasady jednak rzucam. Bartek metodycznie obławia zwolnienie. Zacina rybę. Lipień ma miarę. To mnie przekonuje, że warto poświęcić tu dłuższą chwilę. W międzyczasie zerkam na telefon. Seba pisze, że ma już 3 miarowe. Znów mu dobrze idzie. Kilka minut po Bartku ja też mam fajną rybę. Lipień 33 cm. Obławiam kolejne fragmenty ale bez efektu. Przede mną rynna w której już miałem ryby. Poprzednio brań tu nie było ale może dziś? Ustawiam się najpierw na wyjściu. Pusto. Przechodzę bliżej wlewu. Kilka przeprowadzeń zestawu i branie. Wyjmuję lipienia 34,5 cm. Szybka fotka i wraca do wody. Bartek już jest przy mnie i łowi w rynnie. Chce mi ustąpić szczęśliwe miejsce ale mówię mu, że stanę 2-3 m wyżej na samym początku wlewu. Pierwszy rzut i znów branie. Tym razem czuję, że ryba spora. Bez przeszkód jednak podbieram. Blisko mu do 38 ale ciężko się je mierzy i uczciwie zapisuję 37,5 cm. Na tym się kończy w tym miejscu. Właściwie to planowałem łowić tylko do tego miejsca, ewentualnie do kolejnej rynny ok 100 m wyżej. Idziemy tam. Po drodze tracę kolejny przypon. W czasie jak się wiążę Bartek nie zapina fajnego lipienia. Zestaw zawisa na drzewie więc też musi się wiązać. Przechodzę nieco wyżej. Obławiam chwilę ale bez efektu. Bartek w tym czasie z nowym zestawem zapina w pierwszym rzucie lipienia. Ma już dwa miarowe. Sebastian pisze, że ma 5. Parę minut później ich spotykamy. Razem schodzimy w dół. W miejscu gdzie Bartek wcześniej stracił rybę wyjmuję czwartego lipienia – 32,5 cm. Gonię Sebastiana. Dochodzimy do miejsca gdzie rano zacząłem z Bartkiem łowić. Nieco w dół jest zakręt i rynna. Na dnie piasek ale rok temu widziałem tu złowionego 40-taka. 10 minut do końca. Pojawiają się pierwsi kajakarze. Kilka przepuszczeń i dwa kroki w nurt. Kilka przepuszczeń i cofnięcie i dwa kroki w dół. Zestaw znów do wody. Branie!Ostatniego lipienia łowię dosłownie 5 min przed końcem zawodów ciesząc się, że dogoniłem wynik Sebastiana – ma 5 lipieni ale krótszych. Moja radość trwała dosłownie sekundy, bo nim podebrałem rybę, Sebastian złowił swojego szóstego lipienia. To się nazywa walka do ostatnich sekund, ryba za rybę! Na podsumowaniu okazuje się, że Sebastian wygrywa, a ja jestem trzeci. Przegrywam z drugim o „pół lipienia”. 10 minut więcej i może dołowił bym jedną więcej miarową rybę, która na 100% zapewniła by mi 1 lokatę. Kolejne potwierdzenie dla skuteczności moich much. Trafna okazała się też taktyka i wybór łowiska. W przyszłym sezonie powalczę o pudło.








Mało czasu do tej pory poświęciłem okoniom. Niestety, niski stan wody, upalne lato...nie sprzyjały polowaniu na te rybki na moich łowiskach. Nadrobiłem za to nieco wielkością łowionych pasiaków. Trafiło się kilka >30 cm, a całkiem niedawno ustanowiłem nowy rekord okoniem 39 cm.





W łeb wzięły też plany pontonowe. Dosłownie 5 razy rozłożyłem ponton nad wodą w tym raz testowo, 2 razy latem pływając z żoną (głównie opalanie i przy okazji machanie kijkiem), raz z synem (na Dzień Dziecka) i tylko raz na poważnie... Zupełnie się nie składało. Sandacze w tym sezonie też bez szału. Co prawda coś tam złowiłem ale żadne okazy. Wypadów wieczorno-nocnych również było chyba mniej niż w zeszłym sezonie. I tu znów muszę podkreślić niską wodę również na „naszej”miejscówce. Spore połacie rzęsy w miejscu gdzie normalnie biegnie rynna skutecznie utrudniały łowienie. Zamiast sandaczy trafiały się za to szczupaki. Jeden nawet całkiem fajny – 70 cm.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I znów kropki... :)

Sezon pstrągowy - małe podsumowanie

Marcowo - pstrągowo