W końcu są ryby





Zaczęło się od fajnego wypadu nad nieco dalszą rzekę. W składzie dwóch muszkarzy: ja i Bartek; oraz dwóch spinningistów: Seba i drugi Bartek. Kusiło mnie jak diabli żeby łowić spinem bo rzadko mam taką okazję na tej rzece. Postanowienie żeby częściej w tym sezonie łowić na muchę jednak zwyciężyło. Pojechałem bez ciśnienia na złowienie czegokolwiek, z zamiarem szkolenia techniki. Wcześniej, jako jedyny jako tako znający tę rzekę, wytypowałem odcinek do łowienia i podzieliłem między dwie pary. Ja z Bartkiem mieliśmy pomaszerować w górę ok 1,5 km i łowić schodząc w dół. Sebastian i drugi Bartek zaczęli łowy pod prąd idąc nam na spotkanie. Na miejscu byliśmy zaraz po 8. Zakładałem, że do godz 12 powinniśmy się spotkać.
Kilkanaście minut marszu i jesteśmy na miejscu. Jeszcze tylko ostrożnie zsunąć się z wysokiej skarpy nad brzeg i można montować zestaw. Postanawiam, że na koniec zawiążę dość lekkiego, ciemnobrązowego Wooly Bugger'a, a na skoczka niewielką nimfkę. Stojąc w rzece najpierw spławiam muchy jak w długiej nimfie, a następnie kilkanaście rzutów skosem lekko w dół i spływ much wahlarzem w poprzek po czym typowe ściąganie streamera krótkimi pociągnięciami. Bartek łowi jedynie na nimfę. Przechodzimy bardzo fajny fragment rzeki ale niestety bez kontaktu, nawet wzrokowego, z jakimikolwiek rybami. Zastanawiam się czy nie lepiej było by pozostać przy samych nimfach i szukać lipieni. Wydaje mi się, że schodząc w dół jesteśmy za bardzo widoczni dla pstrągów. Mimo to, uparcie aż do spotkania z chłopakami łowię tym samym zestawem zmieniając jedynie wzory na końcu zestawu. Okazuje się, że całkiem fajnie poszło Bartkowi i ma dwa pstrągi na koncie. Szli z Sebastianem przeciwległymi brzegami. Sebastianowi dwa razy ryba wychodziła do obrotówki ale nie zaatakowała. Bartek był lepiej ustawiony, podrzucił wobler i wyjął ładnego 46 cm potoka. Do tego jeden krótki. Postanawiamy wrócić do auta, rozpalić grill, zjeść coś ciepłego i obłowić odcinek w dół rzeki. Wracając chłopaki pokazują nam miejsce gdzie jakieś małe stadko ryb widzieli. Pewnie lipieni. Rzucam kilka razy nimfą ale bez efektu. Za to kilkadziesiąt metrów dalej, idąc, dostrzegam blisko brzegu znajome kształty. Trzy czy cztery lipienie, w tym jeden ładny tak pod 40 cm. Ryba jednak nie ma ochoty na moje nimfy. Stoję i uparcie czeszę wodę nimfą. Bartek się przezbraja na lekko na lipienie, a reszta idzie do pobliskiego auta zająć się grillem. Kolejna zmiana nimf, kolejne przepuszczenia i w końcu branie. Wyjmuję krótkiego lipionka, wziął na skoczka zbliżonego wyglądem do larwy chruścika bezdomkowego, czyli Hydropsyche. Za kilka rzutów drugiego – też na skoczka. Łowimy jeszcze kilka minut i idziemy na kiełbaskę.



Po posiłku przezbrajam się typowo na krótką nimfę. Postanawiamy z Bartkiem powalczyć z lipieniami tym bardziej, że w rynnie stało ich przynajmniej kilkanaście sztuk. Spinningiści schodzą w dół. Przed wyjazdem zrobiłem kilka lekko różowych pamiętając, że jesienią lipieniom smakowały. Wracamy na namierzone miejsce i zaczynamy. Kilka przepuszczeń i branie. Tym razem na różową prowadzącą - maluch. Wiedziałem, że się sprawdzi. Wchodzę do wody i przechodzę na drugą stronę rynny. Widzę jak lipienie pobudzone ruszonymi osadami dennymi podążają za moimi nogami. Kilka przepuszczeń i mocne branie. To już ładniejsza rybka. Ładnie wygina kij. Doprowadzam rybkę do podbieraka. Podaję Bartkowi telefon – robi mi kilka zdjęć. Rybka już w okolicy 35 cm.



Chodzę wzdłuż rynny tam i z powrotem ale brań już nie mam choć ryby widać. Schodzimy powoli w dół. Bartek łowi pierwsze lipienie. Jeden już bardzo fajny, podobny rozmiar jak mój poprzedni. Do mostu wyjmuję jeszcze jednego malucha. Postanawiam zejść poniżej mostu. Bardziej z zasady przepuszczam nimfy kilka razy w silniejszym prądzie nie spodziewając się tu brań o tej porze roku. Schodzę nieco niżej. Powierzchnia rzeki robi się już bardziej równa. Zestaw przemierza trasę może 2-3 raz i branie. Ryba, w sumie niewielka, jednak spada podczas holu. Zły na siebie, bo rzadko mi się zdarzały spady przy muchowaniu, zarzucam zestaw ponownie i znów branie. Widocznie trafiłem na stadko. Tym razem rybka ląduje w podbieraku. Rozmiar pewnie jak tej spiętej, ok 26-27 cm. Delikatnie odhaczam i wraca do wody.



Do zruszonych stopami osadów podpływają lipienie, widzę je wyraźnie. W jednym z kolejnych przepuszczeń branie ale tak delikatne, że ryba po ułamku sekundy spada. Schodzi Bartek, chwilę jeszcze łowimy razem po czym nadchodzi druga grupa. Nie złowili już nic choć jakieś ryby widzieli. Widzieli także świeże ślady wędkarza – pewnie łowił z rana. To może tłumaczyć brak brań. Kończymy na dziś. Dzień jak najbardziej na plus. Aż tak dobrego wyniku ogólnego się nie spodziewaliśmy. Szkoda tylko, że to tak daleko...





W kolejną sobotę wybraliśmy się na pierwszy, można powiedzieć, pstrągowy wypad klubowy – Team Brda Fishing. Nasz wybór padł na dość trudną rzeczkę. Mimo, że niezbyt szeroka i głęboka to niewygodna do brodzenia, a i brzegi dostępnością nie grzeszą. Zaraz po 8 jesteśmy na miejscu.



Ustalamy, że ja i Bartek idziemy od auta w dół i łowimy, a dwóch pozostałych schodzi brzegiem w dół rzeki ok 2 km i będą łowić pod prąd. Powinniśmy spotkać się gdzieś w połowie drogi. Woda nieznacznie trącona ale na jakoś specjalnie podniesioną nie wygląda – choć nie wiem jak tu zwykle jest bo jestem pierwszy raz. Pogoda nam dopisuje, jest pochmurno ale dość ciepło i bezwietrznie. Kolejno obławiamy potencjalne miejscówki. Używam głównie woblerów ok 6-7 cm.



Prowadzę lekko w poprzek z prądem, pod prąd. W ciekawszych miejscach lekko podszarpuję żeby sprowokować ryby. Długi czas jednak jesteśmy bez kontaktu nawet wzrokowego. Jakby było zupełnie pusto. Teren miejscami ciężki do poruszania się.



Musimy opuszczać fragmenty rzeki bo na brzegach gęsto od wiatrołomów. W dogodnym miejscu zmieniamy brzeg przechodząc na drugą stronę. Jakieś 500 m niżej spotykamy chłopaków. Okazuje się, że mają na koncie ryby. Jeden 3, drugi 2 i tylko jedna ryba <30 cm. Do tego jakieś spady i wyjścia. Jesteśmy w szoku. Oni zresztą też na wieść, że nawet kontaktu z rybami nie mieliśmy. Okazuje się, że ryby chętnie na jasne obrotówki reagują. Decydujemy się wracać do auta łowiąc w wybranych miejscach obrotówkami.




W głowie siedzi nam jeden fragment, który musieliśmy odpuścić z braku dostępu z naszego brzegu. Teraz jesteśmy na drugim to można spróbować. Już w drugim miejscu Bartek ma puknięcie. Ryba jednak nie do zacięcia i nie poprawia brania. Staję nieco wyżej. W środku nurtu, nieco powyżej sterczy gałąź. Za nią rynna biegnąca wzdłuż kupy gałęzi leżących prawie równolegle do drugiego brzegu. Na agrafce spora obrotówka Savage Gear Rotex 3A. Podchodzę na kolanach i kucam z metr od brzegu bo nie ma gdzie się skryć. Rzucam w tę lukę między gałęziami i prowadzę obrotówkę wzdłuż gałęzi. 3 czy 4 rzut i widzę jak za obrotówką rusza fajny pstrąg. Niespiesznie podpływa do przynęty i od niechcenia łapie ją w pysk. Zacięcie i rybka stawia całkiem fajny opór kręcąc niespieszne młynki. Jeszcze nie ta kondycja. Szybki hol i podbieram rybkę. Na oko na pewno 37+. Jeszcze dość chudy ale pięknie wybarwiony. Podchodzi Bartek. Kilka szybkich zdjęć i mierzenie ciekawości. Aż trudno mi uwierzyć ale ryba ma 43 cm. Pięknie!





W kolejnym miejscu tracę obrotówkę w zaczepie. Zakładam inną podobnej wielkości ale mniej błyszczącą. Idziemy nieco wyżej. Jesteśmy teraz na odcinku, który już obławialiśmy ale z drugiego brzegu. Staję w niezłym miejscu. Powyżej kilka gałęzi w wodzie, wzdłuż w moim kierunku rynna. Kilka rzutów bez efektu. Rzucam lekko w dół pod drugi brzeg. Obrotówka staruje, idzie dryfem w poprzek i po 1-1,5m strzał. Ryba mocno się stawia. Czuję intensywne młynki. Z lewej mam spore drzewo nad samą wodą. Kij wystawiam na ile się da w nurt żeby utrzymać rybę na środku. Silny nurt trochę utrudnia hol ale w końcu jest. Mniejsza niż by na to wskazywał opór i walka. Takie chude ok 37 cm. Nawet go nie mierzę. Szybka fota robiona telefonem przez Bartka.



Idziemy w górę choć nie jest łatwo bo akurat zaczyna się spora skarpa. Bartek postanawia obejść górą, ja uparcie brnę brzegiem. Zauważam pstrąga pod drugim brzegiem. Podrzucam błystkę ale ryba nawet nie reaguje. Jeszcze kilka miejsc i już widać auto. Na samym końcu odcinka jeszcze kilka rzutów ale brań już nie mamy. Za parę minut przychodzą chłopaki. Jeden miał spad ładnego pstrąga. Nie wyjęli już nic. Mimo tego wszyscy zadowoleni. Wyjęte w sumie 7 ryb, z czego 6 miarowych plus spady większych. Jest potencjał w wodzie.


Jeszcze pod koniec podziwiam "dzieło" bobra-artysty ;)






Dziś z kolei udało się połowić ok 3 godzinki na niewielkiej rzeczce. Pogoda jak dla mnie wybitnie nie pstrągowa. Bezchmurnie, ostre słońce, temperatura iście wiosenna jak na połowę lutego bo znacznie przekraczająca w południe 10 st C. No i ta niska, przejrzysta woda w siurku. Wiedziałem, że będzie trudno, bardzo trudno. Nastawiłem się na łowienie głównie mikrojigami, niewielkimi gumkami w kształcie różnych larw, a w głębszych i lepiej rokujących miejscach miałem poprawiać sporym, 6,5 cm woblerem. Już w pierwszym miejscu widzę jak środkiem rzeczki, przy dnie sunie ogromny kształt. To bóbr, których na rzece jest całkiem liczna populacja. W pośpiechu zwijam jiga bo w jego kierunku płynie zwierzak. Nie chciał bym go najechać hakiem. To by się działo. Miałem już kiedyś taki przypadek nocą w Warszawie na zawodach z cyklu SFE. Na długo zapamiętam te dwa przygięcia kija do samej wody jak najechałem płynącego pod prąd zwierzaka woblerem. Plecionka, którą większość haków rozginam w zaczepach, strzeliła jak nitka. Tym razem zwierzak bezpiecznie spłynął w dół rzeki. Przechodzę na kolejne miejsce, niewielkie głębsze rozlewisko. Tu zawsze stoi dyżurny pstrąg. Pytanie tylko z której części rozlewiska wyskoczy, jeśli w ogóle. Rzucam najpierw w dół. Kilka rzutów i nic. No to w poprzek i nieco w górę aby jig minął mikro cypelek z olchą. Domyślam się niezłej plątaniny korzeni wodzie. Chyba drugi czy trzeci rzut. Już z 1,5 m od brzegu wyraźne przytrzymanie. Zacinam i na końcu zestawu szamocze się całkiem fajny pstrążek. Pozwalam mu na kilka młynków przy brzegu i winduję na brzeg do podbieraka. Pewnie zapięty na hak jiga. Podchodzi kolega w chwili jak robię szybkie zdjęcia. Robi mi kilka telefonem oraz nagrywa moment wypuszczenia ryby. Pstrąg ma może 28 cm, może nawet te 30 – nie mierzę (jest na zdjęciu głównym posta). Wraca do wody i żwawo odpływa.



Nieco niżej cień, który rzucam na wodę płoszy kolejną rybę. Stała przy dnie. Schodzimy w dół rzeki przystając w ciekawszych i głębszych miejscach. Te najlepsze obchodzimy z dala od wody, a potem ostrożnie podchodzimy od dołu na odległość komfortowego rzutu. Brań jednak już nie mamy. W jednym z miejsc zauważam rójkę jakichś owadów. Wyglądają na jakieś malutkie jęteczki, ale jak się później okazuje to jakieś komarowate czy ochotkowate.



Kończy się nasz czas i wracamy. Jak na tak krótki czas i te warunki to minimum zostało wykonane. Koledzy, którzy poszli w górę rzeczki zanotowali jedynie pojedyncze wyjścia. Ryby jak tylko wypływały na płytszą wodę momentalnie zawracały i uciekały w popłochu. Dodatkowo okazało się, że jakiś wędkarz szedł po nich. A później się dowiedziałem, że ktoś na tym odcinku rano był. Martwi mnie mocno niski stan wody. Jeśli wiosna będzie sucha to ryby czeka ciężkie lato.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I znów kropki... :)

Sezon pstrągowy - małe podsumowanie

Marcowo - pstrągowo