Wczesnojesienne zmagania
Nieco dłuższa przerwa
we wpisach nie jest spowodowana tym, że nie łowię. Bynajmniej.
Wrzesień i październik to przez ostatnie dwa sezony miesiące kiedy
łowiłem najwięcej ryb. A że zaczęła się szkoła (i
rodzicielska pomoc w nauce), dni coraz krótsze to i trzeba korzystać
z nadarzających się okazji by wyskoczyć nad wodę. Ten rok jednak
jest nieco inny. Zamiast przyjemnej jesieni długo utrzymywało się
upalne lato. Wrzesień pod względem ilości ryb nie był tak obfity
jak poprzedniego roku ale za to wynagrodził wielkością. Królowały
okonie. Na kilku wypadach w sumie 5 szt długości 30 cm i więcej.
Prócz tego fajne rybki z przedziału 24-27 cm. Większość ryb z
mojej miejscówki na wodzie stojącej.
Nie będę opisywał każdego
wypadu, a zamiast tego podzielę się kilkoma spostrzeżeniami. W
upalny początek miesiąca okonie najlepiej reagowały na mocno
pracujące i zwracające uwagę przynęty, np. wirujący ogonek w
jaskrawym malowaniu Fire Tiger, srebrna obrotówka nr 2 z kolorowym
chwostem. Absolutnie nie przeszkadzała im stalka założona
profilaktycznie na wypadek spotkania ze szczupakiem. Tak było
początkiem miesiąca na wodzie płynącej.
Przynętą która
dorównywała skutecznością powyższym z czasem okazała się dość
masywna 5 cm guma Relaxa, model Clonay w jasnozielonym kolorze z
brokatem. Na wodzie stojącej prym wiodły jednak głównie jaskółki
Lunker City Fin's'Fish.
O ile początkiem miesiąca jeszcze w
naturalnych kolorkach uklei, to później okonie wariowały na
punkcie jaskrawozielonej. Związane to było wg. mnie z
przejrzystością wody. Ta z każdym kolejnym upalnym dniem, przy
braku deszczu, stawała się coraz obfitsza w fitoplankton. Tym samym
mniej przejrzysta, i o ile rok wcześniej skutecznie łowiłem na
wszelkiego rodzaju gumowy drobiazg, to teraz jedynie większa i łatwa
do zauważenia w wodzie przynęta dawała ryby. Drugim czynnikiem był
tu dużo niższy poziom wody niż w latach ubiegłych. Ryby były
ostrożne i trzeba było dalej rzucać by je sięgnąć. Mała ciężka
przynęta od razu grzęzła w zaczepach. Duża z tą samą gramaturą
główki, ale stosunkowo szeroka i stawiająca duży opór przy
opadzie, tonęła jednak wolniej, a prowadzona dość szybko była
łatwiejsza do zlokalizowania dla ryb. Miałem tez fajne
doświadczenie z łowieniem na poppery. Sprzyjał temu spokojny
wieczór z gładką jak lustro powierzchnią wody. Niewielki popperek
leciał daleko i z racji pływalności i znikomego zanurzania przy
podciągnięciach dawał się prowadzić wolno i interesująco dla
ryb. Kilka kontrolnych rzutów pozwoliło wyjąc dwa fajne pasiaczki
w granicach 22-23 cm, a kolejnego sprowadziło pod nogi za przynętą.
Wrażenia z powierzchniowego brania na płytkiej wodzie niesamowite!
Jeśli chodzi o sposób
prowadzenia przynęt na wodzie stojącej to na moim miejscu nie da
się inaczej prowadzić niż dość szybko i płytko. Ripperki czy
twisterki jednostajnie jak tylko guma wpadnie do wody. Jaskółki
prowadzę podobnie jak jerki i najczęściej krótkimi, częstymi
pociągnięciami równoległymi do powierzchni wody. Guma uzbrojona
trójkątną 2-3 g główką wykonuje wtedy fajne odjazdy raz w lewo
raz w prawo nieraz nawet zawracając. Taką 6,5 cm gumę potrafi całą
wciągnąć niespełna 15 cm okoń. Na rzece miałem przypadek gdy
polując na szczupaka z 12,5 cm jaskrawym ripperem, złowiłem
pięknego 33 cm okonia. To czas gdy te ryby są niezwykle żarłoczne.
Mogę spokojnie napisać, że wrzesień minął zdecydowanie
okoniowo. Niemniej na koniec miesiąca wydarzyło się coś, co
zmieniło kilka następnych tygodni. Złowiłem pierwsze na tych
wodach sandacze. Rybki niewielkie i złowione nieco z przypadku –
nastawiałem się na szczupaki i, ewentualnie w uzupełnieniu albo
alternatywie, okonie. Ciekawa miejscówka jednego wieczora przyniosła
mi 3 sandacze: 2 x ok. 35 cm i 1 x 45,5 cm.
Kolega w tym czasie łowi
kilka okoni, jednego krótkiego sandaczyka oraz pięknego 85 cm zeda!
Kilka dni później wędkując z Sebastianem w pontonu łowię jakieś
2 km niżej dwa kolejne krótkie sandaczyki. Doławiając jeszcze
okonka i krótkiego (ok 30 cm) szczupaczka na 13 cm gumę mam
zaliczone trzy gatunki drapieżników na jednej wyprawie.
Postanawiamy pojawić się na tym odcinku kilka dni później ale
wieczorem. Nad wodą jesteśmy już po ciemku. Mieliśmy, a właściwie
ja miałem szczęście trafiając na kilka minut żerowania ryb. W
ciągu niespełna 10 min łowię dwa ładne sandacze. Najpierw 52 czy
53 cm, a następnie 57 cm.
Szkoda, że na tym się skończyło.
Niemniej dobrze wiedzieć, że z tym gatunkiem nie jest u nas
najgorzej. Ze słyszenia wiem, że sporo małych sandaczy łowionych
jest na innych wodach. Miałem okazję się o tym przekonać w
miniony piątek. Wieczorny wypad nad rzekę dał mi i koledze małego
rozbójnika. Oby trafiały na podobnych nam wędkarzy i miały szansę
dorosnąć. Trochę jestem niepocieszony, że omijają mnie
szczupaki. Zeszły rok był całkiem fajny, a w tym jakoś nie mogę
się w te ryby wstrzelić.
Dla porządku wspomnę
jeszcze, że razem z Sebastianem uczestniczyliśmy w zawodach
muchowych organizowanych przez nasz okręg. Pierwszy raz na tym
odcinku rzeki, praktycznie bez doświadczenia. Za sprawą losowania
zostaliśmy „przydzieleni” do bardzo doświadczonych wędkarzy.
Mogłem poobserwować jak łowią dobrzy muszkarze oraz dowiedzieć
się kilku niuansów. A wyniki? Lipienie były, dwa krótkie ale
jednak. Do tego fajny jelec i miarowy kleń. 3 z 4 ryb wyjęte na
własne muchy.
Jeśli uważnie się przyjrzycie zdjęciu poniżej, dostrzeżecie ogon szczupaka. Omal na niego nie nadepnąłem poruszając się ostrożnie w górę rzeki. Stał za kępą zielska. Oceniłem go na dobre 65 cm. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie...
Rzeka na pewno będzie wpisana w plan wypadów na
przyszłą wiosnę. Spróbujemy dobrać się do pstrągów, a w razie
braku chęci do współpracy z ich strony jest jeszcze kleniowa,
jaziowa i okoniowa alternatywa. Poradzimy sobie :)
Komentarze
Prześlij komentarz