Zakończenie i podsumowanie sezonu pstrągowego 2018
Końcówka lipca i
sierpień były dość intensywne jeśli chodzi o wypady pstrągowe.
Łącznie 5 krótszych i dłuższych wypadów na 5 różnych rzeczek.
Tylko jeden, krótki wieczorny wypad nie zakończył się nawet
kontaktem z pstrągiem. Pozostałe dawały rybki w kropki, choć
głównie poniżej wymiaru, a nieliczne przekraczały te 30 cm.
Pierwszy wypad, w upalną
końcówkę lipca. Zacząłem z kolegą na niepozornej leniwej
rzeczce, która już w tym sezonie obdarowała mnie i kolegów
wieloma fajnymi rybkami. Pierwszy odcinek jednak na 0 jeśli nie
liczyć spadu rybki u kumpla i kilku niemrawych wyjść.
Jedziemy
wyżej. Tu dość szybko dostajemy pierwsze ryby. Pstrągi z
przedziału ok 27-34 cm.
Jest sporo wyjść i spadów. Notujemy 2-3
ładniejsze sztuki wychodzące ostrożnie do przynęty. O ile jeszcze
początkowo rzeka płynie całkiem żwawo jak na tę porę roku i
poziom wody, to później za sprawą zwalisk wyraźnie zwalnia i
bardziej przypomina krętą, leniwą, nizinną strugę. To tylko
pozory, bo każde podmycie korzeni, zwalisko czy zakręt skrywa
kropkowanego mieszkańca. Nawet odcinki śródleśnych łąk, gdzie
rzeczka przeobraża się niemal w ryżowisko – sporo wysokiej,
trawopodobnej (tatarak?) roślinności przy brzegach i nurcie –
mają swoich, nieco mniejszych, szlachetnych mieszkańców.
Kończę
z 4 wyjętymi pstrągami, z których największy miał ok 31-32 cm.
Szkoda mi pstrąga, który uderzył z mikrojiga i nie zapiął się
dobrze – czuję, że był z tych większych; oraz kolejnego
wychodzącego do woblera na króciutkim rozszerzeniu rzeczki –
błysnął szerokim bokiem nie trafiając w wobler.
Koło południa
przenosimy się nad nieco większą rzekę w nadziei na spotkanie z
większym pstrągiem. Niestety, deszcze które przeszły miejscami
nad regionem przez ostatnie 2-3 dni mocno podniosły poziom wody.
Lekko trącona nie przeszkadzała, ale dodając naszą nieznajomość
tego odcinka nie widzieliśmy większych szans na zdziałanie tu
cokolwiek. W dodatku wiatrołomy skutecznie utrudniały poruszanie
się po grząskim miejscami i bagnistym brzegu. Po niespełna 200-300
m rzeki odpuściliśmy. Droga powrotna, powalonym zeszłoroczną
nawałnicą lasem przypominała karkołomną przeprawę. Jeszcze
nigdy tak długo nie pokonywałem nieco ponad 100 m odcinka...
Ponieważ mamy jeszcze
trochę czasu do wykorzystania, jedziemy na kolejną rzeczkę.
Niespełna 30 min i jesteśmy na miejscu. Tu w ogóle nie znać żeby
cokolwiek padało. Rzeczka co prawda niesie nieco więcej wody niż
jak byłem tu ostatnim razem (co tylko wychodzi jej de facto na
dobre), ale jest krystalicznie czysta. Jeśli chodzi o urodę i
komfort wędkowania, to chyba żadna inna się z nią nie może
równać. Ze względu na stosunkowo krótki odcinek gdzie efektywnie
można łowić pstrągi oraz całkiem wygodny dojazd, jest jednak
poddana dużej presji, także ze strony wędkarzy nie widzących
potrzeby wypuszczania złowionych ryb. Szkoda, bo jest potencjał by
było to całkiem fajne łowisko z niezłą populacją średniej
wielkości (40-50 cm) pstrągami. Obecnie takie okazy to rzadkość,
głównie łowi się ryby z przedziału ok 27-33 cm.
Schodzimy nieco w dół
rzeczki i dopiero tam zaczynamy. Dość szybko mam pierwsze kontakty.
Ryby ochoczo startują do mikrojiga. Na dość płytkiej i szybkiej
wodzie wydaje mi się idealnym wyborem. Tuż przed pniakiem tworzącym
mały próg w poprzek rzeczki mikrojiga dopada fajny pstrąg.
Wyskakuje z wody i ląduje po drugiej stronie pniaka w niewielkiej
plątaninie cienkich gałązek i wodnego zielska. Szczęśliwie nie
odpina się i bez problemów go wyjmuję. Piękny bardzo ciemny
pstrąg ok 30 cm. Szybka fota bez mierzenia i odpływa.
Kilka
następnych ciekawych miejscówek jednak puste. Dopiero powyżej
miejsca postoju samochodu zaczyna się coś dziać. Kilka brań i
ataków w wobler ale bez skutecznego zacięcia. W pięknym miejscu
gdzie dwa leżące prostopadle do siebie w wodzie grube pniaki tworzą
niewielką ale głęboką i bardzo trudną do obłowienia klatkę, do
woblera jak tylko pacnął o powierzchnię wody startuje konkretny
pstrąg. Jestem bez szans na skuteczne zacięcie i ryba w ułamku
sekundy pozbywa się kotwiczek. Kolejnym razem muszę tu spróbować
cięższego jiga lub gumy. Czas leci i musimy powoli kończyć.
Dajemy sobie jeszcze ok 200 m. Dopiero pod koniec odcinka kolejny
atak na wobler kończy się skutecznym zacięciem i kolejny ok 30 cm
pstrąg ląduje w podbieraku. Ten, w przeciwieństwie do poprzednika
jest bardzo jasny. To pewnie efekt koloru dna, które na tym
fragmencie rzeczki jest piaszczyste. Za to ma intensywnie czerwone kropki, także na płetwie tłuszczowej.
Pstrąg wraca do siebie, a ja
obławiam jeszcze kilka miejsc i kończę. Piekielny upał, pobudka
przed świtem oraz przechodzone kilometry w nadrzecznej dżungli
potrafią dać solidnie w kość. Z ulgą sięgam do turystycznej
lodówki po butelkę zimnej wody. Na dziś koniec. Bilans całego
dnia to jedynie 6 wyjętych pstrągów.
Kolejna okazja trafiła
się w sobotę, 18 sierpnia. Co prawda na niedzielę miałem
planowany dłuższy wyjazd, ale znalazłem w sobotnie popołudnie
wolne 3 godzinki na szybki wypad. Pojechałem z Pawłem, który do
tej pory nie miał szczęścia do pstrągów. Założenie było by to
zmienić. Krótka podróż, uzbrojenie i nad wodę. Zaczynamy w moim
stałym miejscu. Pokazałem Pawłowi co i jak i do dzieła. Kilka
rzutów i u mnie melduje się niewielki, może 35 cm, szczupaczek. To
plaga tego fragmentu rzeczki. Gdyby częściej trafiały się miarowe
to można było by powoli uszczuplać pstrągową konkurencję, a tak
wrócił z powrotem do wody. Na tym zakończyło się moje szczęście
tego wieczora. Oprócz kilku wypłoszonych pstrągów i nieśmiałego
wyjścia w jednym, ciekawym miejscu, nic się do końca dnia nie
działo u mnie. Za to Paweł zrealizował swój cel – wyjął dwa
pierwsze pstrągi. Rybki minimalnie poniżej 30 cm, ale złowione na
niełatwej wodzie oraz w dość ciężkich warunkach upalnego lata.
Kończymy w zapadającym zmierzchu.
Kolejnego dnia pobudka
tuż po 3 żeby niedługo po 5 być już nad wodą. Cel to niewielka
rzeczka jeszcze przez nas nieodwiedzona. Jedziemy we trzech, ja z
Sebastianem już nieco doświadczeni i Bartek, który chce co nieco
podpatrzeć i nauczyć się. Dzielimy wytypowany odcinek na pół i
decydujemy, że Sebastian zrobi górny. My wracamy niżej i idziemy w
górę do miejsca gdzie zaczął Sebastian. Rzeczka płytka, bardzo
płytka. Przynajmniej w początkowym odcinku. Co prawda od czasu do
czasu trafia się dołek pod korzeniami nadbrzeżnego drzewa czy
zakręcie. Są jednak puste. Może to bezpośrednia obecność
wioski? Początkowo mało ciekawa rzeczka zaczyna się zmieniać.
Pojawia się więcej zakrętów i głazów.
Pojawiają się też
pstrągi. Mam dwa kontakty ale rybki spadają. Podobnie Bartek, w
kapitalnym miejscu ma branie na obrotówkę i przez chwilę fajnego
pstrąga na kiju. Spina się jednak. Kolejne miejscówki przynoszą
mi w końcu pierwsze wyjęte rybki, co prawda niewielkie. W sumie 4
sztuki, z których największy miał może z 27 cm. Powyżej
bobrowego spiętrzenia rzeczka mocno się rozlewa na boki, staje się
lekko bagnista.
Idziemy w górę stromo opadającym brzegiem szukając
miejsc gdzie da się rzucić. Na takie jednak się nie zapowiada.
Rzeka płynie miejscami 2-3 korytami rozdzielonymi bagnistymi
wysepkami. Wszelkie próby przebicia się na drugi, bardziej płaski
brzeg, kończą się zapadaniem po kolana w bagnie. Nie możemy
ryzykować, Bartek ma tylko wodery. W końcu trafia się powalone
przez bobry, leżący w poprzek rzeki długi pień. Używając go
jako poręczy zmniejszamy nieco nacisk stóp na podłoże i udaje się
nam przejść na drugą stronę. Idziemy jeszcze kawałek w górę w
międzyczasie próbując skontaktować się z Sebastianem. Okazuje
się, że skończył swój odcinek, a na bagnach, gdzie jesteśmy
obecnie, zaczął łowić. Też nie poszło mu za dobrze, jakieś
wyjęte maluchy i trochę wyjść. Decydujemy, że wracamy do
samochodu i jedziemy nad inną, znaną nam już rzekę. Może z 20
minut jazdy i jesteśmy na miejscu. Zostawiamy Sebastiana niżej, a
sami udajemy się z 1,5 km w górę rzeczki. Nie jest łatwo bo
słońce już mocno grzeje, a odcinek który obławiamy nie jest zbyt
mocno zadrzewiony. Mimo to już na pierwszych kilkudziesięciu
metrach mamy kontakty z rybami. Im wyżej i bardziej zarośnięte
brzegi, a co za tym idzie więcej cienia na wodzie, tym ryby bardziej
śmiało atakują nasze przynęty. Około 2-2,5 godz łowienia
przynosi mi 4 wyjęte pstrągi, z których największy ma ok 30 cm.
Bartek wyjmuje 2, w tym ładnego, grubego pstrąga jakieś 33-34 cm.
Na obu rzeczkach łowiłem głównie na woblery prowadzone z
podszarpywaniem, tzw. twitching.
Minął ledwie tydzień i
w kolejny weekend znów pstrągi. Adam urzeczony poprzednim
wędkowaniem na „moich” rzeczkach, przyjechał zakończyć swój
pierwszy sezon pstrągowy. Robimy praktycznie te same odcinki rzeczki
co miesiąc wcześniej, nieco przedłużając pierwszy z nich. Jak
się okazało była to dobra decyzja. Już w pierwszym miejscu spada
mi ładna ryba. Jakiś czas potem, wyżej, wyjmuję dwa pstrągi +/-
30 cm, Adam również 2 w tym pięknie ubarwionego 35 cm. Do tego
jeszcze kilka fajnych wyjść i spinek.
Przenosimy się wyżej. I
znów pierwszym miejscu spada mi kolejny ładny pstrąg. Potem kilka
wyjść i w końcu jest maluch ok 23 cm na spory 6,5 cm wobler.
Zadziwiają mnie te ryby. Pod mostkiem woblera pogonił mi ładny
potok. Zmiana na obrotówkę i w pierwszym rzucie strzał. Pstrąg ma
ok 30 cm ale jest chudy. Z drugiej strony mostku obrotówkę zagryza
kolejny maluch. Adam w tym czasie spina jednego. Idziemy dalej w
górę. Wyjścia i brania są ale sporo ryb się spina. Docieramy do
najciekawszego odcinka. Dość szybko na spory 6 cm tonący wobler –
Hunter Yoda – wyjmuję kolejnego pstrąga. Wcześniej zanotowałem
trzy wyjścia i próby ataku. Ciekawi mnie czy to ta sama ryba, którą
w końcu złowiłem. Błyski wokół prowadzonego twitchem woblera
wydawały się należeć do nieco większego pstrąga.
Zauważamy, że
ryby łowimy w innych miejscach niż poprzednio. Udaje mi się wyjąć
jeszcze jednego pstrąga i notuję 2-3 spady i kilka wyjść.
Docieramy do końca odcinka zadowoleni.
Mamy po 7 wyjętych pstrągów
na koncie. Postanawiamy w drodze powrotnej zajrzeć na godzinkę na
odcinek no kill głównej rzeki. Tu mamy niezłą zabawę z okoniami.
Szczególnie Adam, z premedytacją łowiący jednego garbusa za
drugim na wirujący ogonek Spinmad. Ja uparcie przeczesuję wodę
sporymi woblerami licząc na zakończenie sezonu ładnym pstrągiem.
Zamiast tego łowię 3 okonie.
Myślałem, że to będzie
na tyle przygód z pstrągami w tym roku, ale dosłownie w ostatni
dziś sezonu trafiła się szansa wybrać nad rzeczkę. Właściwie
pojechaliśmy we dwóch, z Radkiem. Na tym odcinku jeszcze w tym roku
nie byłem. Ponieważ mam niespełna 3 godziny wolnego, na miejsce
docieramy jeszcze przed wschodem słońca. W lesie jest ciemno. Zanim
się uzbroiliśmy i dotarliśmy do punktu startu zrobiło się widno.
Ten odcinek rzeki w zdecydowanej większości jest płytki i dość
często wolny i leniwy. Zdarzają się jednak ciekawe dołki, a w
nich ładne pstrągi. W pierwszym z takich miejsc mam w pierwszym
rzucie ładne branie i fajną rybę na kiju. Niestety, ale gąszcz
pokrzyw, w którym stałem skutecznie uniemożliwił wyholowanie ryby
– łodyga wkręciła się w szpulę blokując ją i pstrąg się
spiął... Szkoda.
Szybko pokonujemy kolejne
dziesiątki metrów opuszczając nieciekawe i puste płycizny.
Kolejne miejsce gdzie mogę rzucić dość daleko w górę rzeki.
Wobler zaczyna swoją grę i uderzenie. Pstrąg – ładny – po
chwili się spina. Jakiś pech dzisiaj. Nieco wyżej już jestem
skuteczny i pstrążek ok 28-29 cm jest w ręce. Szybkie wyczepienie
i wraca do siebie. Kolejne zakręty, podmycia. Coś wychodzi, coś
się spina. Wreszcie po rzucie w dół rzeczki skuteczny atak i
maluch ok 27 cm wyjęty.
Powoli zbliżamy się do końca odcinka.
Ciekawy fragment z wolniejszą i głębszą wodą. Zostawiam Radka na
początku, a sam idę z 20 m wyżej. Rzut w dół pod korzenie i
natychmiastowy atak. Ryba spada. Kolejne rzuty i widzę kolejne
pstrągi goniące i nie trafiające w wobler. Po 5-6 atakach
następuje spokój, ryby przestają się pokazywać. Idziemy wyżej.
Odpuszczam kawałek wody idąc prawie na sam koniec. Rzut w górę na
kamienistą płyciznę, wobler nieregularnie „skacząc” zbliża
się do mnie i dopada go pstrążek. Jest może 2x dłuższy od
woblera. Nie mogę uwierzyć, że się porwał na taką dużą
przynętę! Ostatnie miejsca i tylko jedno wyjście. Radek za to
wyjmuje fajnego pstrąga na koniec. Kończymy. 3 pstrągi wyjęte –
niewiele, ale na tym odcinku dobre i to.
Pora na małe
podsumowanie tegorocznego sezonu pstrągowego. Zabrzmi to jak banał,
ale dla mnie był on zupełnie inny od poprzednich. Mogę powiedzieć,
że w zasadzie rewolucyjny. Przede wszystkim większość czasu
spędziłem na niewielkich rzeczkach. Przyznam, że na takich
łowiskach czuję się najpewniej. Są trudne, ale dla mnie bardziej
czytelne. Ubiegłoroczna obserwacja, że wczesną wiosną sprawdzają
się niewielkie gumowe przynęty z lekkimi główkami prowadzone jak
najwolniej w prądem, sprawdziła się i tym razem. Sebastian nawet
odkrył jaki model gumki jest najskuteczniejszy i solidnie
potwierdził to wynikami. Reszta kolegów z powodzeniem łowiła
niewielkimi i lekkimi jigami. Potwierdza to skuteczność w tym
okresie (marzec-kwiecień) niewielkich i lekkich przynęt spławianych
z nurtem. Na lekkiego jiga, właśnie w marcu złowiłem swojego
największego tegorocznego pstrąga – 49 cm – z tym, że na dużej
rzece, ale sposób podania i prowadzenia ten sam. Taka prawdziwa
rewolucja nastąpiła końcem kwietnia. Historię tę opisałem już
w jednym z poprzednich wpisów. Twitching - metoda, która nijak
pasowała do mojego wyobrażenia o pstrągach, oraz do dziesiątków
artykułów w prasie i internecie traktujących o łowieniu pstrągów,
które do tej pory przeczytałem, zmieniła zupełnie mój sposób
letniego wędkowania. O ile do tej pory najchętniej w tym okresie
korzystałem z obrotówek oraz przynęt gumowych (co mam zrobić, że
tak lubię na nie łowić) to w tym momencie używam tych przynęt
dopiero w drugiej czy trzeciej kolejności. Podstawą są smukłe i
zaopatrzone w niewielki ster woblery długości 5-7 cm – nawet na
niewielkich i płytkich rzeczkach – często tonące. Mimo sporej
wielkości woblerów, pstrągi długości nawet <25 cm nie mają
oporów przed atakiem.
Z perspektywy czasu oraz
z zapisków, które mniej lub bardziej systematycznie prowadzę
wynika, że miesiącami najlepszymi w tym sezonie okazały się
marzec, kwiecień, maj i czerwiec. Wyniki w pierwszych trzech
miesiącach sezonu są mocno uzależnione od przebiegu pogody i o ile
początek stycznia jest obiecujący, pstrągi biorą całkiem
chętnie, to dalej, aż do początku marca bywa różnie, a ryby
kapryśne. Podobnie rzecz ma się z lipcem i sierpniem, szczególnie
w takie upalne lato jak tegoroczne. Niski poziom wody oraz wyższa
jej temperatura przekładają się na mniejszą agresję ryb. Te,
które końcem kwietnia czy w maju goniły wobler aż pod nogi, w
lipcu czy sierpniu po 2-3 nieudanych atakach odpuszczały i rzadko
dawały się skusić nawet po zmianie przynęty. To tylko moje
obserwacje z bieżącego sezonu i nie muszą mieć pokrycia w
obserwacjach prowadzonych na innych wodach. Czuję, że jednak powoli
wyłania się pewien schemat, który pozwoli z jednej strony
ograniczyć ilość przynęt zabieranych nad wodę, a z drugiej
skuteczniej łowić ryby w różnych fazach sezonu.
Prowadząc zapiski
notuję, na ile jestem w stanie zapamiętać, ile ryb danego gatunku
(miarowych i nie) łowię danego dnia, danego miesiąca, oraz
finalnie – roku. Ponieważ sezon pstrągowy się zakończył to ten
gatunek mogę w zasadzie podsumować, choć pstrągi mogą się
jeszcze trafić na nizinnych odcinkach moich rzek lub podczas połowu
lipieni na muchę. Wyjąłem w sumie ok 60 pstrągów, z czego z
dużym prawdopodobieństwem blisko 1/3 miała te 30 cm i więcej. Nie
chcąc zbytnio męczyć ryb w ciepłych miesiącach, odpuściłem
sobie mierzenie ryb, które na oko nie zbliżały się rozmiarem do
40 cm. Dwa największe mierzyły: 49 cm – złowiony w marcu na
jiga; oraz 40 cm – złowiony w lipcu na wobler. Nie udało się
zatem pobić zeszłorocznego rekordu – 53 cm – ba, nawet nie
miałem kontaktu z rybą przekraczającą ten rozmiar. Zdobyłem za
to dużo cennego doświadczenia, poczyniłem dużo obserwacji oraz
poznałem lepiej kilka ciekawych rzeczek.
Pozostaje teraz czekać
do stycznia – co w sumie będzie za niespełna 3 miesiące – i w
praktyce wykorzystać tegoroczną naukę.
Komentarze
Prześlij komentarz