Co się działo w lutym
Jakoś ciężko się
zebrać by pisać na bieżąco. Nie zawsze jest wena. Jest połowa
marca zatem czas na podsumowanie poprzedniego miesiąca.
W lutym wróciła zima i
o ile jeszcze w pierwszy weekend można było wyskoczyć nad rzekę
przy prawie wiosennej pogodzie, to później było już typowo
zimowo. Pierwszy lutowy wypad pstrągowy opisałem w skrócie przy
okazji stycznia ("Weekend czwarty"). Na kolejną możliwość
przyszło mi czekać dwa tygodnie. Szansa była by wcześniej, ale
postanowiłem w tym roku odwiedzić targi wędkarskie "Rybomania"
w Poznaniu. Tak w dwóch zdaniach. Fajna okazja do zapoznania się z
nowościami sprzętowymi i przynętowymi, zrobienia małych zakupów,
a także spotkania ludzi znanych z gazet wędkarskich czy np.
YouTube. I wszystko fajnie gdyby nie ten tłum podobnych mi
zwiedzających - za rok pewnie odpuszczę, chyba, że będę miał
pilną potrzebę kupić jakiś patyk czy kręciołek. OK, do rzeczy.
Połowa lutego, lekko na minusie ale prognozy na najbliższe dni
przewidują dalsze ochłodzenie. Za to stan wody na dużej rzece się
normuje i można myśleć żeby spróbować zapolować na pstrągi.
Biorę muchówkę, streamery i jadę. Moja decyzja jest nieco szalona
zważywszy jakie miałem doświadczenia z wczesnowiosennym
muchowaniem sezon wcześniej. Wybrałem szeroki i dość płytki
odcinek z zakrętem na wejściu i wyjściu.
Zdjęcie: R.I.
Zdjęcie: R.I.
Kilka drzew i gałęzi wodzie, jakieś głazy, dołki. Jestem nad wodą ok 9. Temp nieco poniżej 0. Idę na początek odcinka i montuję zestaw. Wiążę na początek kupnego muddlera. Ciężko go zatopić. Zmieniam na mojej produkcji zonkera z główką z sarny - to samo. No to włosianka. Wygodnie się tym rzuca i ładnie tonie. Schodzę w dół wodą obławiając na ile jestem w stanie wodę wokół siebie. Jakieś 70-80 m w dół i nic. Cóż, muszkarzem jestem początkującym, a streamerem szczerze powiedziawszy łowię drugi raz w życiu.
Dochodzę do fragmentu ze
spokojniejszą i głębszą wodą. Brzeg gęsto porośnięty
krzewami. Poniżej mnie w odległości rzutu w wodzie wielki głaz.
Rzucam od strony nurtowej i przeprowadzam streamera obok głazu. Przy
kolejnych przepuszczeniu mucha idzie praktycznie przy głazie i czuję
jakbym zaczepił o zielsko. Podnoszę kij próbując uwolnić haczyk
i w tym momencie na końcu widzę przewalające się w młynkach
cielsko całkiem sporego pstrąga. Oceniłem go na ok 45-50 cm.
Niestety całość trwała kilka sekund. Pstrąg wyskoczył nad wodę
i spadając jakimś sposobem zerwał muchę. Przypuszczam, że puścił
węzeł na fluorocarbonie. Szkoda, bo była by to moja największa
ryba złowiona na muchę.
Szczęśliwa mucha to identyczny model jak ten u dołu na zdjęciu poniżej:
Jak się okazało, rok wcześniej tego samego dnia złowiłem na spinning mojego największego potokowca. Historia lubi się powtarzać co pokaże jeden z kolejnych wypadów.
Szczęśliwa mucha to identyczny model jak ten u dołu na zdjęciu poniżej:
Zdjęcie: R.I.
Jak się okazało, rok wcześniej tego samego dnia złowiłem na spinning mojego największego potokowca. Historia lubi się powtarzać co pokaże jeden z kolejnych wypadów.
Zszedłem jeszcze z
muchówką ostatnie 50-60 m odcinka ale już bez efektów. Po drugiej
stronie rzeki pojawił się Maciek z EGO Fishing. Kilka dni później
udostępnił materiał filmowy z rzutów nowym szklaczkiem nagrany
tego dnia. Nie załapałem się na drugi plan ;)
Przeniosłem się nad
najbliższy dopływ. Bardziej z ciekawości o stan wody niż z
nadzieją, że cokolwiek uda mi się złowić. Machanie muchówką na
takiej małej rzeczce to wyzwanie. Choć muszę przyznać, że
zadanie do zrealizowania przy odrobinie uporu. Byłem zaskoczony
widokiem. Woda opadła, była przejrzysta. Każda potencjalna
kryjówka ryb doskonale widoczna. Szkoda, że nie udało się
zobaczyć żadnej. Przynajmniej poznałem ten odcinek. Wrócę tam
wiosną.
Zdjęcie: R.I.
Zdjęcie: R.I.
Zdjęcie: R.I.
Tydzień później
postanowiłem wrócić po mojego pogromcę. Tym razem ze spinningiem.
Zrobiło się zdecydowanie zimniej. Woda nadal trzyma stan choć jest
nieco niższa niż ostatnim razem. Plan jest następujący. Najpierw
kilka rzutów pod prąd i sprowadzenie przynęty po obu stronach
głazu z prądem. Jeśli nic to idę w górę i obławiam cały
odcinek dochodząc przed głaz. Rzucam lecz bez efektu. Któryś z
kolei rzut kończy się zaczepieniem o głaz. Wchodzę do wody
odczepić i niestety ale miejscówka spalona na jakiś czas.
Obłowienie odcinka z prądem też nie daje efektów. O dziwo w
wodzie jeszcze sporo zeszłorocznego zielska. Mucha szła wyżej,
wobler co chwilę haczy choć nie nurkuje głęboko. Dochodzę do
głazu od góry. Najpierw obławiam pas między głazem a brzegiem.
Nic. No to z drugiej strony. To samo, a przy okazji znów zahaczam
głaz. Cholera... Poniżej głazu leży kilka gałęzi, jakieś pnie
drzew. Obławiam woblerem i potem obrotówką. Żadnych efektów.
Przychodzi dwóch wędkarzy. Montują się poniżej i schodzą w dół.
Mi robi się broda na kołowrotku. Odcinam kilkanaście metrów
skręconej żyłki. Wracam nieco w górę i ponownie obławiam
okolice głazu. Do trzech razy sztuka - mówią. Ale nie tym razem.
Idę w dół. Mijam wracających wędkarzy - zniechęceni marznącymi
przelotkami rezygnują z dalszego łowienia. Sprawdzam jeszcze 2-3
miejsca i też się zwijam. Robię jeszcze szybkie zdjęcie
zamarzniętych kręgów z piany zebranych we wstecznym prądzie.
Wyglądają jak wielkie plamy lanego na wodę wosku.
Zdjęcie: R.I.
Komentarze
Prześlij komentarz